
Ech, co ja się będę rozpisywać nad urokami wyprawy naszej przecudnej, skoro każdy zainteresowany może sam sobie na zdjęciach wszystko obejrzeć. Poza oczywiście tym, co do obejrzenia sie nie nadaje a trwale wyryło się w naszej pamięci. I nie, wcale nie mówię tu o przystojnym pastuchu, czy o przemiłej obsłudze w jednym ze schronisk po drodze, oj, nie. Niewątpliwie największym hiciorem wyprawy był pobyt w samotni. Do tego stopnia zapadającym w pamięć i wnikającym w każdy kawałek mojego jestestwa, że po powrocie do domu czułam sie nieswojo, widząc prześcieradło obejmujące więcej niż połowę łóżka, normalną regularną kołdrę zamiast dwóch obskurnych koców i do tego kołdrę obleczoną czystą i pachnącą pościelą! Wprost nie do pomyślenia! :) O wielkości i jakości posłania już nie wspomnę. I tym sposobem gwóźdź programu okazał się być gwoździem do trumny – bo jak tu wypocząć po całodniowej, wyczerpującej, ponad dwudziestokilometrowej wędrówce z plecakiem na grzbiecie, na pryczy wielkości deski do prasowania i do tego tylko częściowo pokrytej czymś, co mogłoby imitować przyjemną pościel? Po tak spędzonej nocy człowiek wstaje jak skowronek – nie tyle może tak rześki, co tak wcześnie, by te wszystkie doznania mieć już za sobą, heh :) Ale co by nie było, nawet to lekkie rozczarowanie nie jest w stanie przyćmić całokształtu wyprawy - cierpliwego wspinania się pod górę, wyasfaltowanych (!) górskich szlaków w Czechach, marszu w oszałamiającej mgle na krawędzi kotłów (choć chyba szczyt bezmyślności w górach zaprezentowałyśmy w maju jakieś dwa lata temu) :) no i oczywiście niezapomnianych widoków! I to właśnie dla tych widoków warto było :)
