Na pierwszy ogień poszło sushi. Zwątpienie w nasze umiejętności ogarnęło nas już na etapie gotowania ryżu, ale nic to, dzielnie parliśmy do przodu. Znaczy, ja głównie siedząc i podsuwając kucharzowi stosowne narzędzia, co do których nawet nie miałam podejrzenia, że je posiadam w swoim domu ;) a on – walcząc z tymi wszystkimi nori, wasabi i sosem sojowym.
Ale za to rezultat, hmmm, powyżej oczekiwań :) sushi takie, że palce lizać
Kolejnego dnia przyszedł czas na omuraisu – japońskie omlety ryżowe. I po raz kolejny mój dzielny kucharz stanął na wysokości zadania, odmierzając, siekając, płucząc, gotując i smażąc.
Wyszło dokładnie tak, jak na obrazku w mojej nowej kolorowej książce :)
Wniosek z tego taki, że w kuchni japońskiej Cristianitsu nie ma sobie równych. Poczekam zatem i swego rzeczonego już talentu kulinarnego ujawniać za wcześnie nie będę – a nóż Mistrz zaskoczy mnie jeszcze czymś ciekawym? :)